Home > Newsy > Alpinus Expedition Team w Tajlandii

Alpinus Expedition Team w Tajlandii

Luty 13th, 2011

Tak więc niepostrzeżenie minęły trzy tygodnie od kiedy ekipa Alpinus Expedition Team zjednoczyła swoje szeregi na tajskiej plaży Ton Sai-  niewątpliwej mekkce azjatyckiego wspinu.

Lecieliśmy bowiem na raty, każdy z innego miejsca i w nieco innym terminie. Kamień, jak zwykle przy tego typu spotkaniach, spadł nam z serca  gdy okazało się , że wszyscy są cali i sprężeni, a podzielone na poszczególnych zawodników sprzęty o,  jak się domyślacie, grubo ponadstandardowej wadze, doleciały równie sprawnie  tworząc tym samym odpowiednie zaplecze do zabrania się do roboty. Hmm, to już 9 lat od kiedy w podobnym składzie wytyczaliśmy nowe drogi w okolicy Ton Saia…

Ton Sai Beach and Railey Beach w całej okazałości
Ton Sai Beach and Railey Beach w całej okazałości

Po kilku dniach tradycyjnego rozwspinu (czytaj lekkiego zmacania chwytów na drogach znanych nam nie od dziś i zażyciu podstawowych uroków Taja znacznie ułatwiających aklimatyzację w tym nieznośnie boskim klimacie) postanowiliśmy przemieścić się nieco bliżej w kierunku naszego głównego celu-dziewiczych turni skalnych pływających w wodach zatoki Phang Nga.

Dzień pierwszy - Vaison gotowy do skoku..
Dzień pierwszy – Vaison gotowy do skoku..

Opór stawiał jedynie Vaison , który brylował wśród bywalców sektora Andaman Beach, po 2 razy dziennie doświadczając  uroków wolnego spadania ze 120 metrowego skalnego piku Ton Sai Tower i otwieraniem spadaka tuż nad głowami wspinaczy i plażowiczek …

Vaison w pokłonie.
Vaison w pokłonie.

Ale ostatecznie po jego nocnej eskapadzie na tenże pik, kierownik wyprawy zakazał tego typu praktyk, stwierdzając, że ofiary w  ludziach na tym jakże wstępnym etapie wyprawy nie są jeszcze konieczne dla nadania jej dodatkowego rozgłosu.

W drodze na Koh Yao Noi - już jest fajnie
W drodze na Koh Yao Noi – już jest fajnie

Tak więc wytęsknioną , drewnianą długą łodzią płyniemy w kierunku leżącej w zatoce Phang Nga spokojnej wysepki  Koh Yao Noi. Muzułumańska ludność o serdecznych  uśmiechach wita nas już na łodzi, a w porcie Ta Khao Pier czujemy powiew dawnej Tajlandii. To niebywałe, że taka miejscówka uchowała się zaledwie 1,5 godziny  drogi od turystycznego Ao nang z zachodu  i Phuketu po jej wschodniej stronie.

Wschód słońca widziany z Koh Yao Noi.
Wschód słońca widziany z Koh Yao Noi.

Niewątpliwy urok tej wyspy polega na tym, że toczy się tu normalne życie. Większość Tajów pracuje na schowanych w dżungli  plantacjach kauczuku lub łowi ryby, kobiety zaś pilnują dzieci i serwują papaya salad w trzcinowych budach ciągnących się wzdłuż plaż. Imam na grubo przed świtem, śpiewem nawołuje do meczetu, a jak się wkrótce okazuje kobra na drodze i 3 metrowy jaszczur-monitor pływający u stóp naszej ściany to przedsmak tutejszej fauny. Jest też droga, która okrąża wyspę to na niej można zaznać odrobinę przeciągu cisnąc skuterkiem przed siebie w pół godzinną pętlę.

W poszukiwaniu dziewiczych ścian..
W poszukiwaniu dziewiczych ścian..

Na Koh Yao Noi założymy bazę wypadową na sąsiednie bezludne, ale za to pełne wspaniałych wapiennych ścian wysepki. To ostatnia miejscówka, gdzie można zamieszkać w bungalowie, kupić coś do jedzenia i przede wszystkim naładować baterie do naszej wiertarki.

Wooow - morze wapienia startujacego wprost z plaży
Wooow – morze wapienia startujacego wprost z plaży

W Tak Hao Pier wynajmujemy  długą łódź i  ruszamy na północ, to na niej będziemy spędzać większość czasu w najbliższych dniach. Dobrze, że nasz łódkowy  nieźle mówi po angielsku i zna każdą wyspę jak własną kieszeń. Od kiedy w tsunami stracił całą rodzinę i sporo zdrowia, przeniósł się z PhiPhi na Koh Yao Noi by zacząć wszystko od nowa…
To pierwsza wyprawa, której bardzo precyzyjny plan noszę w sobie od roku. Płyniemy więc wprost na Koh Roia maleńką wysepkę położoną ok. pół godziny na północ od północnych krańców Koh Yao Noi.

Jedna z piękniejszych ścian - może by tak tutaj...
Jedna z piękniejszych ścian – może by tak tutaj…

Koh Roi to 100metrowa piaskowa plaża, trochę tropikalnej dżungli  i wyrastające ze wszystkich stron skalne ostańce do 120m wysokości. Wyspa kryje też w sobie  sekretną lagunę. Odkrywamy ją dopiero przy sporym odpływie wtedy bowiem otwiera się skalna brama, przez którą kajakiem lub wpław można osiągnąć to nieziemskie miejsce otoczone strzelistymi wapiennymi formacjami.

Chłopaki sprężone w drodze pod Koh Roi'a
Chłopaki sprężone w drodze pod Koh Roi’a

Miejscówka więc  mocno egzotyczna i jak się okazuje po dotarciu na miejsce bardzo wspinowo apetyczna… Początkowo nasz wybór pada na najbardziej okazałą (czytaj najwyższą) połać skały, a Vaison już podskakuje na myśl o tym jak sobie skoczy z piku po wspinie.

Kotwica w dół ekipa na górę...
Kotwica w dół ekipa na górę…

Ostatecznie stwierdzamy, że potencjalne  drogi choć kilku wyciągowe to jednak w okolicach 6c-7b w maxie i decydujemy się na startującą wprost z wody 50 metrową ścianę o idealnym przewieszeniu ok. 30 stopni i rokującą konkretny wytrzymałościowy wspin, na oko w okolicach 8a.

Maczety w dłon - czas zaczynać exploracje...
Maczety w dłon – czas zaczynać exploracje…

Vaison jako pogromca dziewiczych wierzchołków natychmiast wypatrzył linię wejścia i wyposażeni w stalowe maczety opuściliśmy pokład łodzi w celu zdobycia szczytu  i wejścia w zjazdy pozwalające rozpoznać możliwości z bliska. Pik osiągnęliśmy super sprawnie, a stada nietoperzy, którym w drodze przez dżunglę przerwaliśmy poranną drzemkę były wyraźną inspiracją do ochrzczenia ściany mianem Bat Wall.

Gacek i Vaison w ścianie Bat Wall'a
Gacek i Vaison w ścianie Bat Wall’a

Wisząc nad wodą okazało się, że zaparkowana pod ścianą łódź niknie gdzieś pod konkretnym przewisem, a rzeźba jest wprost idealna na poprowadzenie co najmniej kilku linii nowych dróg. Jedyny mankament to słońce wychodzące na ścianę ok. 13-tej, ale stwierdzamy, że z naturą i tak walczyć nie zamierzamy, a potencjalne linie są warte pobudki o świcie z naszej strony i nieco zaangażowania ze strony kolejnych chętnych do powtórzeń.

Robota ruszyła - pierwsza linia prawie gotowa...
Robota ruszyła – pierwsza linia prawie gotowa…

Najbliższe dni były bardzo podobne do siebie choć na pewno nie trąciły nudą.

Tak więc zbiórka w porcie ok. 7mej rano przy drewnianym stoliku, pod tętniącym już porannym życiem sklepikiem.
Porcja śniadaniowa składająca się z mało apetycznego wynalazku zachodniej cywilizacji – proszku nescafe, który po rozpuszczeniu w ciepłej wodzie chytrze udaje kawę i znacznie bardziej atrakcyjnego w smaku, zawiniętego w palmowy liść sticky rice-a o owocowym lub kokosowym nadzieniu.

Nie ma to jak dobrze powiercić
Nie ma to jak dobrze powiercić

Po takiej dawce energii i 40 minutowej kontemplacji widoków za burtą jesteśmy gotowi do każdej harówki, aby tylko zatrzymać monotonie tych wspaniałych dni na dłużej. Po kilku dniach główna 35 metrowa linia biegnąca środkiem Bat Walla zostaje wyposażona w 13 spitów + zjazd i dobrze wyszczotkowana pod prowadzenie. Forsuje ona idealny wprost system tuf zanikających co kilka metrów, aby ustąpić miejsca wygodnym choć niezbyt odpoczynkowym dziurkom. Ze zjazdu wygląda bajecznie, każdy kolejny ruch trudniejszy od poprzedniego i crux na 30tym metrze, zapowiada się niezła zabawa…

Chłopaki w robocie robią się super poważne
Chłopaki w robocie robią się super poważne

Kolejna obita przez Vaisona nowość ok. 20metrów na prawo to nieco krótsza, za to dużo mocniej przewieszona linia pobłyskująca 9-cioma wpinkami, z czego 3 kluczowe expresy wiszą niemal poziomo nad wodą. Trzeci nasz projekt  , długi na ok. 35 metrów ulokował się w lewej części ściany i choć pierwotnie miał stanowić rozgrzewkę dla sąsiednich dróg już wiemy, że będzie znacznie trudniejszy niż przypuszczaliśmy i fajnie byłoby gdyby udało się go w ogóle poprowadzić….

Pora opuscić wygodne stanowisko w łodzi...
Pora opuścić wygodne stanowisko w łodzi…

Sponsorzy wyprawy

a

Brak powiazań.