Alpinus Expedition Team w Tajlandii
Kolejne powitanie słońca wraz z lokalna ludnością zapodajemy na ławeczce pod sklepem w porcie Ta Khao na Koh Yao Noi. Z odpowiednią ilością zapasów sticky rice’a i kilkoma kiściami bananów wskakujemy na pokład naszego drewnianego long boat-a. 
Magiczny klimat długiej łodzi wprawionej w ruch za pomocą nieznośnie ryczącego samochodowego silnika diesla z zanurzonym w wodzie, na końcu 3 metrowej rurki śmigiełkiem uderza swoją prostotą i jakoś zawsze wprawia pasażerów w szampański nastrój.
PEŁNA GALERIA DOSTĘPNA TUTAJ
Tradycyjna komunikacja w postaci wymiany spojrzeń i nasz boatman bez słów kieruje łódź pod Koh Roi-a. Nasze projekty są już gotowe do przejścia, wiec tym razem płyniemy na wspin.
Lekka rozgrzewka w postaci zwiśnięcia w przybloku na daszku łodzi to nie za wiele jak na atak na nasze projekty… ale startując z łodzi nie mamy innego wyjścia..W dodatku coś ogłupia mnie na maxa i stwierdzam, że chyba styknie.
Sprawdźcie również stronę z wyprawy! -> www.wro.co/alpinus
Parkujemy łódź pod pierwszymi spitami prawego projektu i Vaison , atakuje jako pierwszy 20-to metrową linię o dynamicznych ruchach pomiędzy rozstawionymi idealnie na pełną szerokość ramion tufami, trochę stękania i napinki, ale po paru okrzykach kończy z powodzeniem. W sumie wygląda spoko więc bez namysłu napieram jako drugi. Z każdym przechwytem szacun dla Vaisona rośnie, aż w końcu zgina mnie i odpadam. O kurde chłop chyba konkretnie dopakował na tej emigracji i w dodatku nawet się specjalnie nie zapocił .…jak to możliwe w tym klimacie, przecież dopiero co nieprzyzwoicie blady jak śnieg doleciał do nas z Londynu …
Tymczasem słońce już się na nas łakomi więc Vaison uderza na nasz drugi projekt, tufo-diretissimę idealnie forsującą środek Bat Wall-a. Ruchy marzenie, niczym idealna linia z zawodów, każdy kolejny przechwyt trudniejszy od poprzedniego i Crux na 30 metrze..Znów trochę postękiwania i znów droga pada w 1-wszej przymiarce…
Bułę mam spuchniętą, ale kolej na mnie, słońce nie czeka i z każdą chwilą przypomina nam, że jesteśmy w tropikach więc uderzam. I jakże podobny scenariusz.. odpadam wymiętolony nie tylko trudnościami, ale i ciągłym porównywaniem się z wyraźnie lepszym zawodnikiem… T
To nie koniec mojej batalii, kolejne kilka dni mięśnie mam tak spięte, że nawet lokalne mistrzynie tajskiego masażu nie są w stanie nic poradzić. Dostałem wiec bonusa w postaci sporej ilości czasu na przemyślenia, zwłaszcza, ze Vaison beztrosko stwierdza, że co miał to zrobił i w takim razie spada na Ton Sai-a poskakać trochę na Baise zanim zapakuje się na samolot z Krabi do Londynu.
Żeby pojąć całość zdarzenia, które dla mnie mocno wykraczało poza zrobienie lub nie zrobienie takiej czy innej drogi tam czy siam, dodać muszę, że nasza ponad 15-to letnia przyjacielska relacja , która jednak we wspinie długo pokutowała jako uczeń – mistrz , właśnie się odwróciła i moje ego nakręcane wieloma wcześniejszymi wyjazdami ucierpiało z tego powodu niezwykle…
Ten dzień na długo pozostanie w mojej pamięci, a mój wspaniały nauczyciel nawet nie podejrzewał ile dzięki niemu zrozumiałem…
Po powrocie do siebie J obiłem jeszcze jeden 35-cio metrowy projekt na ścianie The Mitt na Koh Yao Noi,
Aby po kilku przymiarkach stwierdzić, że podobnie jak nasza trzecia przepiękna i niepokonana linia z Koh Roi-a musi on jeszcze poczekać na swoją kolej(przejście) do przyjazdu dużo lepszych zawodników…
W Taju już monsun na całego więc pozostaje mi mieć nadzieję, że tymi zawodnikami będziemy my za rok…J
Powiązane wpisy:







